na sen...

własne źródło
„Na sen nigdy już nie wezmę nic…” śpiewała Urszula. Fakt jest faktem… Nie potrzebuję już żadnych dodatkowych usypiaczy, od kiedy na świat przyszedł mój syn oczywiście… Padam ze zmęczenia, a po chwili budzi mnie płacz malucha… Moim problemem stał się brak snu… Dzięki temu małemu obywatelowi, po pierwsze, poznaliśmy czym jest termin „high need baby”, po drugie, przeczytaliśmy, poznaliśmy i przerobiliśmy kilka metod usypiania dzieci…

Mały urodził się dwa tygodnie przed terminem, jadł i spał książkowo – dwie godziny snu – karmienie – dwie godziny snu… Przez pierwszy tydzień życia rzecz jasna.. Miał (lub mieliśmy - oboje) od początku problem ze ssaniem sutków. Przyrośnięte wędzidełko nie pomagało nam zbytnio, strumień mleka był zbyt szybki, więc synek nie mógł nadążyć z połykaniem mleka – łykał zbyt duże ilości powietrza, co zaowocowało gazami i kolkami – jak nam się początkowo wydawało. Z przykładnego noworodka, zamienił się w cierpiące, krzyczące stworzonko, terroryzujące nas właściwie cały czas… Na szczęście trafiliśmy na wspaniałą położną, która wraz z nami szukała odpowiedzi, dlaczego znane, lekarskie sposoby zawodzą… Ani delicol (kropelki z laktazą, pomagające trawić laktozę z mleka), ani wspaniały niemiecki SAP, ani dodany przez lekarza rodzinnego Debridat (zawiesina na trawienie) nie były skuteczne. Spotęgowane gazy, poranne i wieczorne wielogodzinne kolki, kupy pod ciśnieniem, masaże, nic nie pomagało… Po wielu dociekaniach i naszej „upierdliwości” poszukaliśmy innego lekarza, który zalecił zrobienie posiewu moczu… i „od ręki” stwierdził, że jest to nietolerancja laktozy… A poprzedni lekarz nie stwierdził tego, więc jak to jest…? Synek miał (i nadal ma) uczulenie na laktozę, a w drugim miesiącu życia (po 1,5 miesiąca szukania) wyszło także zakażenie bakterią E coli… Po zastosowaniu leczenia antybiotykami i zastosowaniu nutramigenu LGG mały zaczął lepiej funkcjonować, niestety nabawił się anemii, co spowodowało, że musiał brać żelazo, którego nie tolerował, więc dalej miał bóle brzucha, więc dalej nie spaliśmy…. Koło się zamknęło… Nasza „prywatna” pediatra przepisała trochę lepsze (nowszej generacji) żelazo i mały powoli zaczynał wracać do normy (po woli – to znaczy anemii pozbył się w 11 miesiącu życia, a wszystkie nowe pokarmy wprowadzane do diety, tolerował zwykle miesiąc po tym, jak wg książek można było podawać)… Ulewanie? Do 8 miesiąca życia… Fakt jest taki, że im starszy, tym faktycznie wyrastał ze wszystkich problemów jedzeniowo – brzuszkowych, ale pozostał jeden – BRAK SNU!!!!
Wszystkie brzuszkowe problemy nauczyły mojego syna przerywanego snu, a on nauczył nas….
Próbowaliśmy temu wszystkiemu zaradzić – położna poleciła nam „magiczny kocyk”, otulacz na sen, aby zmniejszyć odruch Moro, wybudzający go w pierwszych miesiącach życia. Oczywiście towarzyszyła nam również suszarka… Synek spał na specjalnym miejscu w naszym łóżku, a że był mocno ciepłolubny, miał je wygrzewane termoforem… Skutkowało to na mniej więcej tydzień, później historia się powtarzała…
Kolejną próbą uratowania nas przed zagładą, okazało się być uciszanie dziecka w 5 sekund!!! Tak! Dr Harvey Karp – amerykański pediatra udowadniał to w swojej książce -„najszczęśliwsze niemowlę na świecie”. Polecam młodym mamom, zdesperowanym i zmęczonym „dobrymi” radami babć i cioć… Dużo nam dała ta książka – wiedzę i umiejętności… Niestety mały wyrósł z rad dość szybko…
Zaczął coraz dłużej spać w nocy, niestety pobudki równały się z bujaniem w ramionach do snu, czasem parugodzinnym bujaniem…
Kiedy powędrował do swojego łóżeczka (7 miesiącu życia), zaczął lepiej spać, przesypiał prawie całe noce. W dzień dalej należało go bujać.
Historia odmieniła się w 9 miesiącu życia, kiedy to pierwszy raz poważnie zagorączkował i z chorymi migdałami zakończył nasz nadmorski urlop. Wtedy popełniliśmy klasyczny błąd i syn zamiast spać dalej we własnym łóżeczku, przybył po raz kolejny do naszego łóżka.. .
Zrzucaliśmy winę na wszystko – skoki rozwojowe, ząbkowanie, katar…, ale nasz mały sprytny stworek okręcił sobie nas wokół palca i powrócił do systemu, który znał od urodzenia – pobudek co 2-3 godziny… Bo za gorąco, bo się odkrył, bo chciało mu się pić, bo nie wiem, co jeszcze mogło być powodem… Był już duży i dość grubiutki (9 kg), więc kołysanie zaczęło być bardzo problemowe… Moje plecy odmawiały posłuszeństwa, a głowa pulsowała ze zmęczenia. Ja osobiście miałam wrażenie, że jeszcze dobrze nie zasnęłam, a już mały płacze. Mój mąż znacznie szybciej zasypia, więc troszkę dłużej spał niż ja… Umówiliśmy się, że to on wstaje do małego, ale ile można to robić samemu – 5 razy, 6 razy w ciągu nocy…? Więc później właściwie zaczęliśmy wstawać razem – czasem się wspierając, a czasem warcząc na siebie ze zmęczenia i desperacji…
Czarne chmury zaczęły wisieć nad naszym związkiem, więc postanowiliśmy działać… Na pomoc przyszła Tracy Hogg, która w książce „zaklinaczka dzieci” podsunęła nam kolejny sposób usypiania malca. Oczywiście i tu trochę polegliśmy… Dziecko powinno być podniesione, uspokojone i odłożone do łóżeczka… Szybko, sprawnie. Kiedy sytuacja się powtórzy – kolejny raz – podnosimy, uspokajamy, odkładamy… I tak aż zaśnie… Niestety to uspokajanie zaczynało się wydłużać, a żale naszego dziecka odkładanego do łóżeczka, łamały nam serce… I tu niespodzianka! Czasem syn zasypiał, a czasem wstawał przez kolejne godziny i tak się gimnastykowaliśmy z 10 kg chłopcem nad łóżeczkiem… I jak tu zapanować nad emocjami? Ja nie potrafiłam… niestety… Sukcesem okazało się nocne spanie – przebudzał się raz lub dwa razy (a nie po 8 razy!) i szybko zasypiał, ale w dalszym ciągu potrzebował naszego ogromnego wsparcia.
Kiedy jednak nocna sielanka zamieniła się w gimnastykę z kołysankami, wierszykami i płaczem dziecka, odbiliśmy się od muru porażki! Niby w teorii wiesz jak to wszystko zrobić, ale do tego potrzebujesz cierpliwości, konsekwencji i współpracy, co najtrudniej zgrać we dwoje…
Próbowaliśmy „rodzicielstwa bliskości”, próbowaliśmy nie być „przypadkowymi rodzicami” jak twierdzi Tracy i pokonał nas niespełna roczny maluch…
Nadeszła chwila na poważną rozmowę i zastosowanie ostatniej deski ratunku – „Uśnij wreszcie” – książka pokazująca metodę usypiania dość trudną do zastosowania… Należało ułożyć dziecko w łóżeczku, wyjaśnić mu, że jest pora snu i że będzie się czekało na dziecko w drugim pokoju… Tak… Proste niby… Ale dla naszego tulisia oznaczało to płacz, przeplatany z rykiem… Dalej bardzo nas potrzebował… Gdyby nie to, że im był starszy, tym większe miał problemy ze snem, nie zastosowalibyśmy tej metody… Ale, że i on i my byliśmy już u kresu zmęczenia… Postanowiliśmy być choć raz konsekwentni…
Jaki jest koniec historii??? Nasz synek zasypia w łóżeczku, czasem zajmuje mu to 15 minut, czasem 5, w nocy (jeśli się przebudzi), wystarczy odłożyć go na miejsce, wręczyć misia i śpi dalej… Jest znacznie lepiej… I już udało nam się przespać 2 pełne noce… Na razie nie chcemy zapeszać, ale oby tak dalej…
A Wam życzymy wytrwałości (jeśli macie równie uroczego urwisa) i kolorowych snów!
Trwa ładowanie komentarzy...