O autorze
Sylwia – przez przyjaciółkę nazywana cyberbaba, przez dzieci Musia, o sobie mówi: neurologopeda z powołania, robi w życiu to co chciała, pomaga innym, dzieli się doświadczeniami płynącymi z wychowania dwóch chłopców, w tym starszego z autyzmem. Nie zwariowała ;) kocha swoje życie, choć bywa różnie, wyznaje motto, że nic w życiu nie dzieje się bez przyczyny.
Basia – terapeutka wczesnego wspomagania rozwoju, od kilku lat zatrudniona w organizacji pozarządowej, przede wszystkim zajmuje się terapią dzieci z autyzmem i Zespołem Aspergera. Od swoich podopiecznych uczy się oryginalnego patrzenia na świat, podziwia ich sposób ujmowania rzeczywistości. W życiu prywatnym – mama niespełna rocznego urwisa.

przeskoczyć własny mur?

własne źródło
O Zespole Aspergera wiemy już bardzo dużo. Można przeczytać wiele artykułów o tej „jednostce chorobowej”, możemy śledzić wiele stowarzyszeń i fundacji działających właśnie na rzecz osób z ZA. Wiele dzieci z ZA na początku swojej szkolnej kariery uważanych jest za „niegrzeczne dzieci”. Dopiero diagnoza przynosi wyjaśnienie i okazuje się, że wcale nie były one złośliwe, upominając panią na lekcjach przyrody, celowo nie zaburzały lekcji, dając upust skumulowanej złości.

Prowadząc zajęcia z dziećmi z ZA staramy się uczyć ich zachowań społecznych, wyjaśniać czym jest empatia, jaka jest geneza emocji innych osób, jak w sposób asertywny powiedzieć o tym, że coś mi się nie podoba.



Kiedy rozmawiałam z mamą dorosłej kobiety z ZA, powiedziała coś, co mi uświadomiło jak ciężką drogę mają przede wszystkim rodzice. Rozmawiając o poszukiwaniach diagnozy stanu jej dziecka, w końcu odnalazła lekarza, który wypowiedział ten magicznie zaklęty zlepek słów „Zespół Aspergera”, a ona w swojej niewiedzy, powiedziała mi, że w tamtym czasie bardziej obawiałaby się „anginy” niż ZA. A to był dopiero wierzchołek góry lodowej.

Pracując z osobami z ZA, w znacznej mierze pracujemy na „zasobach” rodziców (jak mówi mój kolega psycholog). To oni wiedzą o swoich dzieciach najwięcej i w pewien sposób wyznaczają kierunki terapii, opowiadając o trudnościach swoich dzieci…

Łapię się czasem na tym, że środek ciężkości przesuwa się w stronę rodzica, a nie dziecka…

Ostatnio czytam pewną książkę, która nie daje mi spokoju… Z jednej strony stanowi dla nie wyznacznik nowych celów terapeutycznych, z drugiej trochę martwi…

Ale za nim o niej… Chciałabym Wam polecić książkę „Patrz mi w oczy”. Jest to opowieść dorosłego mężczyzny z ZA, który w sposób bardzo humorystyczny zaprasza nas do swojego świata. Jest bardzo świadomy swoich błędów i ograniczeń z przeszłości. Czytając tę książkę nie mogłam się nadziwić jakim geniuszem był głównych bohater oraz jak dobrze odrobił lekcje płynące z życiowych perypetii…

A teraz wracając od wspomnianej wyżej pozycji: „Kaktus na walentynki”. Również opowieść dorosłego mężczyzny z ZA o swoim życiu… Zgoła innym niż obywatela Stanów Zjednoczonych z książki „Patrz mi w oczy”. Peter jest Niemcem, który w życiu osobistym dorobił się bardzo wiele – żona, dwójka dzieci, dom, kariera zawodowa - poważany przez innych specjalista. A jednak brakuje mu wiele… Bardzo wiele… Żadne sukcesy, kolejne kursy i dzieci nie nauczyły go bycia bardziej „społecznym”. Sama matka, zwana przez niego „Kędziorką”, często wypomina mu, że jest „nieludzki”.

I to jest właśnie sedno zaburzenia ZA. Tak naprawdę nie ma tabletki na rozumienie zachowań społecznych. Trening Umiejętności Społecznych jest jedną w form wsparcia, ale bardzo dużo zależy od samej osoby z ZA, jej chęci do pracy nad sobą… A czasem przeskoczenia mury, zbudowanego przez siebie. Wymaga to bardzo dużo odwagi i samodyscypliny… Wymaga jakby pozbycia się cząstki swojej tożsamości na rzecz życia w „społeczeństwie”.
Sama książka uderzyła najmocniej mnie tym, że można w życiu osiągnąć tak wiele i dalej być samotną, smutną wyspą na oceanie…

Z drugiej strony zastanawiam się zawsze nad jedną kwestią – dlaczego to osoby z ZA mają dostosowywać się do „naszego” świata? A może to my powinniśmy bardziej tolerować „inność”?
Trwa ładowanie komentarzy...